Powrot

Zamki Dolnego Śląska

D-Day -2 środa 12 maja

Zgodnie z planem miałem dzisiaj na spokojnie wyjechać, wpaść do Łodzi, pozałatwiać parę spraw, ruszyć wątrobę delikatnie i jutro popołudniem pocisnąć na Legnicę. A tu niestety, się nie wyrabiam z robotą. Jeszcze mój pilot Adam z Legnicy dzwoni, że w czwartek wróci późno z roboty i będzie dopiero koło dwudziestej w domu. Wszystkie plany w łeb. O drugiej nad ranem (to już czwartek) wysyłam skończony projekt na drugą stronę globu (ten XXI wiek, kurcze), kooperanci już mają piękny ranek. Idę spać. Dalej się zobaczy jak mi się wstać uda.

 

D-Day -1 czwartek 13 maja

Wstałem w miarę rozsądnie, coś koło ósmej i wziąłem się za pakowanie. Przed południem ruszam, po drodze w mieście wizyta w moim ulubionym sklepie używkowym (ruda woda, cygara i dwa kartony bronka) i długa w trasę. Trasa deszczowa, mży. Szlag mnie trafia pod Toruniem bo autostrada międzywojewódzka wąska a tirów sznurek. Wszędzie coś kopią, wahadła, roboty. Ale jakoś doturlam się na miejsce. Po dwudziestej w końcu Legnica. Adam już jest w domu. Nawet mi parking zarezerwował strzeżony na nockę, bo strach załadowaną furę pod blokiem postawić. Cena co prawda niezła jest ale lepiej spać spokojnie. Jeszcze wieczorkiem coś dla ducha i o północku do wyrka. 

 

D-Day piątek 14 maja

O szóstej pobudka, kawa i jajecznica na boczku (Adam uwarzył, niezła). Co prawda śniadań nie jadam ale kto wie co dzień przyniesie? Zawsze lepiej najeść i wyspać się na zapas. Tak przynajmniej mi mówił wuj ojca, co to od Lenino do Berlina trasę zaliczył. W wiadomym czasie. A skoro nawet draśnięty nie został to biorę jego twierdzenie za pewnik. Coś w tym musi być.

Ruszamy przed siódmą, tankowanie pod korek i jedziemy. Daleko nie mamy bo z Legnicy do Zagórza Śląskiego jakieś 80 kilometrów. Będziemy wcześniej, to się drugą kawę uwarzy na spokojnie. GPS nas prowadzi. Wbiłem w mapę samo centrum Zagórza a dojeżdżamy na jakiś koniec świata. Miasteczka nie widać, tylko jakieś drobne chałupki. Pytamy lokalesów - Panie, parking pod zamkiem Grodno to gdzie? Odpowiedź krótka: - Paaanie, zamek to tu za zakrętem na górce, ale parkingu to tam ni ma. Jadziem. Rzeczywiście, zza zakrętu wyłania się cywilizacja, jest miasteczko, spory placyk dla pekaesu, kibelek (czynny) i drogowskaz na zamek. Stajemy kulturalnie na zakazie na przystanku pekaesu w samym centrum. Będzie nas widać z każdej strony to nas chłopaki zauważą na pewno. Leje nieźle ale odpalam kuchnię i po chwili mam kawę. Czekamy. Adam trochę cierpi na dolegliwości jelitowo-brzuszne więc szybko zawiera znajomość z panią manager pobliskiego przybytku. Pełna kultura. Jesteśmy godzinę przed czasem. Leje coraz lepiej i nagle pojawia się "lekko dłubnięty miś". Eska dotarł. Po krótkim powitaniu chłopaki udali się po spożywkę do pobliskiego sklepu a ja czekam i wypatruję pozostałych ekip. Do dziesiątej z poślizgiem zjawiają się wszyscy, a w międzyczasie przestawiamy się na normalny parking, który jednak jest nieopodal. Gadu, gadu a dziad śliwki rwie! Idziemy na zamek Grodno. Okazuje się, że podejście w czasie deszczu pod gliniastą górkę łatwe nie jest. Na zamku zwiedzamy salę tortur, witamy się z suchutkim (na niego chociaż nie pada) szkieletem byłej mieszkanki i oczywiście wchodzimy na wieżę. Widok z wieży ograniczają zamglenia i nisko zalegające chmury. Ogólnie zamek przypadł mi do gustu, chociaż przyzwyczajony do warowni krzyżackich z Prus i biskupich z mojej rodzinnej Warmii dochodzę do wniosku, że jednak to... a nie zamek. Rozmiarowo nikczemny. Trzeba się nieco przestawić mentalnie, że większość warowni Dolnego Śląska do gigantów nie należy. Z pewnymi trudnościami pokonujemy drogę w dół do parkingu i ruszamy powoli w dalszą trasę. 

Już kilkaset metrów dalej zjeżdżamy z asfaltu i zaczyna się. Wąska polna dróżka, rozmyta deszczami, błotnista i na dodatek z jednej strony ograniczona uszkodzoną siatką ogradzającą pobliski zagajnik zaczyna stwarzać problemy. Dwa auta z tyłu nie dają rady. Wóz "ratowniczy" Eski na emtekach i z pasem do wyciągania jakoś zawraca z czoła kolumny, wszyscy robią mu miejsce by przedarł się na tyły i wyciąga maruderów na trasę. Jedziemy dalej, polnymi drogami, błota pełno, ciągle leje. Kolejne błotne rozlewisko zatrzymuje "śliwkę" Bata i nawet 3,5 GDI z kosmiczną mocą w porównaniu do mojej dwójki nie daje rady. Ponownie potrzebny pas i pomoc. Ogólnie jedziemy do zamku Książ, jednak prócz naszego Organizatora i ratownika Bartka nikt zbytnio się nie orientuje gdzie jesteśmy. Jedziemy kolumną co jakiś czas zatrzymując się i kolejnymi wozami pokonując co trudniejsze przeprawy. Mój wóz zaczyna już przypominać kulkę błota ale daje radę, pomimo najsłabszego stosunku mocy do masy w całej stawce. Adamowi impreza zaczyna się coraz bardziej podobać, bo spodziewał się trochę lżejszej jazdy a okazało się, że dzieje się sporo. Docieramy do starej żwirowni, gdzie stajemy na postój. Doły wyrobiskowe wypełnione wodą dają okazję pojeżdżenia w głębokich na pół metra kałużach ale tylko właściciele krótkich wozów decydują się na parę prób. Ja przy okazji płuczę alternator i karoserię z błota w jednej z pobliskich kałuż metodą "dzida, dzida... wycieraczki". Napięcia na woltomierzu wraca do normy. 

Ruszamy dalej przez pola i leśne ścieżki. Widoki pobliskich wsi, wzgórz i lasów przepiękne. Czasem wręcz przedzieramy się przez jakieś krzaki i po paru godzinach docieramy do parkingu pod zamkiem Książ. Tam czeka już na nas Eugeniusz z Moniką i razem pieszo udajemy się na zamek Książ. Muszę przyznać, że to już ładny kawał kamienia. Zwiedzamy zamek. Niestety nie robię prawie żadnego zdjęcia bo zaparował mi obiektyw a drugi zostawiłem w samochodzie. Dowiadujemy się od pani przewodnik co nieco "o tym zbrodniarzu Hitlerze" (związek frazeologiczny "Hitler - ten zbrodniarz" wchodzi chyba do historii P.O.C.) bowiem inaczej pani przewodnik go nie tytułuje nigdy. Potem jeszcze chwila na ciepły żur w zamkowej knajpie i ruszamy. 

Pogoda nieco się poprawia bo teraz pada z przerwami a nie leje. Teraz jazda jest nieco mniej uciążliwa ale powolutku, od wsi do wsi polami, łąkami i lasami kierujemy się w stronę noclegu w Mysłakowicach. Co prawda gubimy nieco drogę w kilku miejscach ale kierunek mamy słuszny. W pewnym miejscu zatrzymuje nas dwudziestometrowy fragment błotnistej mazi. Objechać się nie da bo z jednej strony nasyp, na który mamy wjechać a z drugiej uprawy. Nawet nasz "wóz ratowniczy" ma problemy by przedrzeć się na drugą stronę ale po kilkunastu próbach daje radę. Następny w kolejce jestem ja. Rozpęd, dzida i stajemy po środku błota bo ściągnęło nas w bok w dużą koleinę. Wisimy na mostach. Adam ma okazję sprawdzić się jako pilot, wychodzi, podpina pas i po chwili jesteśmy na drugiej stronie. Reszta po kolei z pomocą holownika a niektórzy bez przekraczają chyba najtrudniejszą przeszkodę na trasie. Nieco dalej jadąc wąską dróżką na zboczu dosyć wysokiej góry jedno z aut zaczyna się zsuwać bokiem w dół zbocza. Szybka akcja ratownicza przynosi jednak skutek i wszystko kończy się szczęśliwie. Przy okazji przetestowano nowy szlif maczety naszego Ojca-dyrektora (zresztą dzień później mała tablica rejestracyjna z napisem Ojciec-Dyrektor pojawiła się na Sporcie). Test wypadł pomyślnie.

Prawie o zachodzie słońca docieramy w końcu do Mysłakowic. Tam w ośrodku pana Andrzeja czekają już na nas pokoje oraz sala biesiadna z kominkiem i stół z potrawami. Są wspaniałe kluski, mięso w sosie, sałatki, pieczyste i mnóstwo innych wiktuałów. Do tego pozaustrojowe płyny fizjologiczne, które mamy zorganizowane we własnym zakresie. Na dodatek niedługo później dociera z Poznania Sławek z Michałem w "kawiarni". Pojawiają się także cygara i wieczorne pogawędki trwają do późnej nocy. Ostatni spać poszedłem oczywiście ja.

 

D-Day +1 sobota 15 maja

Poranek wita mnie napadowym bólem głowy. Prysznic w zimnej wodzie i schodzę na dół na kawę. Skusiłem się jeszcze na wspaniałe opiekane w cieście parówki, znowu wbrew przyzwyczajeniom, że rano tylko kawa. Parówki delikates normalnie. Samochód przedstawia widok opłakany bo taki ubłocony nigdy nie był. Co ciekawe, jest najbardziej ubłocony ze wszystkich. Dopiero po powrocie do domu zdałem sobie sprawę z faktu, że przecież przed imprezą zdjąłem progi i to dlatego auto po dach pokryte było warstwą błota.

Decyzja krótka - dziś jeździ Adam a ja robię za prawego. Kiedyś trzeba ten drugi fotel we własnym aucie poużytkować. Z odrobiną opóźnienia ustawiamy się w kolumnę i asfaltami ruszamy na Chojnik. Na parkingu pod górą, na szczycie której majaczy zamek Chojnik dochodzę do wniosku, że wejście na szczyt może skończyć się moim zejściem (z tego świata). Ale cóż, nie takie imprezy się zaliczało. Najwyżej mnie GOPR czy inne pogotowie odtransportuje na dół. Idziemy. Adam to zaprawiony w górskich wycieczkach turysta, więc dla niego to betka. W razie czego będzie mnie reanimował do czasu nadejścia pomocy. Pierwszy dylemat pojawia się na rozstaju szlaków - idziemy krótszym ale bardziej stromym czy dłuższym ale łagodniejszym? Decyduję, że trudniejszym czarnym. Jak umrzeć to z honorem. Wolę iść trudniej ale krócej. Jednak okazało się, że jeśli człapię swoim tempem (Adam się do mnie dopasował) to dam radę i na górę Synaj doczłapać. Nie jest źle. I jeszcze aparat ze sobą dwukilowy ciągnę. Na samej górze dochodzę do wniosku, że warto było. Widoki przepiękne, szczególnie ze szczytu stołpu zamkowego gdzie wiatr trochę urywa głowę. Widać nawet leżący śnieg na szczytach Karkonoszy. W zamkowej kawiarni nie odmawiam sobie jednego zimnego jak uszy nieboszczyka piwa, co stanowi nagrodę za uczyniony trud i znój wejścia na taką górę. Jako góral zdecydowanie nizinny nigdy na większą nie wszedłem. Szacunek czuję dla Adama widząc, że się nawet nie spocił. W dół idziemy łatwiejszą trasą i tam fizyczna zasada ruchu jednostajnie przyspieszonego przy mojej masie załatwia mi cały problem zejścia. Ot, się turlałem bez wysiłku. Hamować tylko czasem trzeba było. Z parkingu ruszamy w stronę zamku Czocha, naszego głównego na dzisiaj celu.

Dzisiaj poruszamy się asfaltami, bo odległości do pokonania spore. Kręte na zboczach gór asfalty i widoki wąwozów porośniętych lasem i kamienistych potoków przepiękne. Na szczęście dziś już wcale nie pada. W drodze do zamku Czocha odwiedzamy ruiny zamku Świecie. Tam po ruinach oprowadzają nas właściciele zamku, którzy prowadzą inwentaryzację archeologiczną i odbudowę. Nie chce się nam wierzyć, że ta ruina za kilka lat ma być doprowadzona do stanu umożliwiającego użytkowanie.

Dalej ruszamy do zamku Czocha. Przed samym zamkiem, jakiś kilometr wcześniej przejeżdżamy przez tamę w Leśnej - największą w Polsce kamienną zaporę łukową. Zatrzymujemy się na chwilę by zrobić zdjęcia tego osiągnięcia niemieckiej inżynierii wodnej. Potem trafiamy na parking pod zamkiem i ruszamy na zwiedzanie. Tym razem pani przewodnik jest jeszcze lepsza niż w Książu. Dykteryjki i historie jakie nam opowiada wzbudzają powszechną wesołość a niewiele brakło by pani przewodnik przekonała nas, że zamek łączy się podziemnym tunelem z piramidą Cheopsa. Dawno nie słyszałem tak przekonywujących opowieści dziwnej treści. Dla uwiarygodnienia co drugie zdanie pada nazwisko naszego znanego popularyzatora tajemnic historii Bogusława W. Sposób mówienia niezapomniany. Sam zamek to rzeczywiście perła architektury. Na parkingu żegnamy Szyszkową, który musi już wracać. W szybkim tempie asfaltami wracamy do Mysłakowic na kwaterę. Tam czeka już nie mniejsza niż wczoraj biesiada, choć wszyscy idą spać nieco wcześniej, bo jutro wracamy do domu. Jak zwykle gaszę światło.

 

D-Day +2 niedziela 16 maja

Poranek jak dzień wcześniej. Wstaję ostatni (zgodnie z zasadą "szefie wyjdę wcześniej bo później przyszedłem") i schodzę na kawę. Dziś mamy odwiedzić zamek Bolków, którego nie zdążyliśmy zobaczyć w piątek i około trzynastej prawdopodobnie się rozjedziemy. Powoli zbieramy się do wyjazdu. Żegnamy się z panem Andrzejem, który tak wspaniale nas ugościł i rura. Do zamku Bolków jest kawałek drogi. Docieramy tam przed południem i zwiedzamy zamek. Widok z wieży jak zwykle przepiękny. Jednocześnie Adam stwierdza, że przecież kilka kilometrów dalej znajduje się jeszcze jeden zamek - Świny. Po krótkiej naradzie decydujemy się na wypad jeszcze tam. Okazuje się, że to rzeczywiście kilka minut drogi. W Świnach zwiedzamy ruiny, całkiem dobrze zresztą zachowane. Co nieco o zamku opowiada nam jeden z lokalesów. Na koniec na łączce pod zamkiem robimy sobie kilka pamiątkowych zbiorowych zdjęć i niestety musimy z Adamem ruszać bo ja muszę dotrzeć jeszcze dzisiaj wieczorem do Łodzi.  Pozostali skręcają w przeciwnym kierunku by jeszcze w jakimś lokalu napić się kawy przed drogą. Żegnamy się i w drogę. Ponieważ jadąc do Legnicy przejeżdżamy obok obozu koncentracyjnego Gross - Rosen to zatrzymujemy się tam na chwilę. W Legnicy czeka nas jeszcze wizyta na myjni co zabiera nam prawie godzinę (domycie samochodu nieco trwało, bo błoto było wszędzie i wcale łatwo nie poddawało się myjce). Odstawiam Adama do domu, jeszcze tylko kawa i ruszam do Łodzi. W trasie mała przygoda z hydrauliką sprzęgła, którą po konsultacjach telefonicznych z kolegami udaje się zażegnać i o dwudziestej drugiej melduję na nocleg w Łodzi.

Muszę przyznać, że dla mnie była to najciekawsza jak do tej pory impreza P.O.C., może dlatego, że wszystkiego było po trochu. I cięższego i lżejszego terenu, deszczu, słońca, zwiedzania, integracji i podróży asfaltami. Adamowi też bardzo przypadł do gustu taki sposób spędzania wolnego czasu. Wspomnienia z Zamków Dolnego Śląska będą mi towarzyszyć latami.

Jarek Leoniec - Heilsberg