Powrot

Rosja Nieznana

Zmuszony, albo inaczej: "działając pod wpływem perswazji" naszego Ojca Założyciela (mam na myśli Eugeniusza), skreślam tych parę zdań, żeby zachęcić Was do wyjazdów na Wschód. Do Rosji oraz innych krajów azjatyckich.

Część #1 Rosja - brzmi dumnie i jednocześnie groźnie. 

.................................................................................................................................................................

Dumnie, bo każdy, kto podróżował po Rosji  czuje się wyróżniony, że w ogóle tam był, a groźnie - no cóż, opowieści i informacje o tym kraju, jakie często słyszymy, nie przedstawiają go w różowych kolorach. 

Na pewno wyjazd na wschód nie będzie przypominał wakacji w Skandynawii, Hiszpanii czy chociażby Chorwacji, gdzie mamy swobodny dostęp do zdobyczy cywilizacyjnych, gdzie życie toczy się według ustalonych standardów, a w razie problemów zawsze możemy skorzystać z telefonu komórkowego itp. Każdy wyjazd do Rosji wymaga o wiele większego przygotowania, chyba że planujemy zwiedzanie dużych miast, przemieszczanie się samolotami lub koleją , a noclegi rezerwujemy w hotelach. Wówczas otrzymujemy namiastkę podróży po zachodzie Europy, może z  nieco intensywniejszymi doznaniami, ale ogólnie jest tak samo. Wbrew opiniom, jest to cywilizowany kraj jak inne, może tylko czas w niektórych miejscach się zatrzymał lub zwolnił bieg.

Jeśli natomiast wybierzemy się własnym samochodem, trasę przejazdu obierzemy przez tereny słabo zasiedlone a piękne krajobrazowo, nastawimy się na kontakt i poznanie zwykłych ludzi, a biwaki zaplanujemy na łonie przyrody (im bardziej na wschód, tym dzikszej), gwarantuję, że Wasza dotychczasowa opinia o tym kraju (raczej negatywna)  ulegnie zmianie. Grozę oraz widmo nieszczęść, czyhających na turystę, zastąpi ciekawość co jest dalej, jak jest dalej, kim są ludzie, którzy zamieszkują te rejony świata?

Ze mą też tak było. Ponieważ jako dzieciak nasłuchałem się od dziadka różnych opowieści na temat Rosjan i samej Rosji, a później, już jako dorosły człowiek, praca zawodowa (kierowca ciężarówki) zmusiła mnie do parokrotnego przekraczania granicy, wówczas bardziej radzieckiej niż rosyjskiej, moje obawy były podobne. Każdy napotkany człowiek jawił mi się jako potencjalny mafiozo lub złodziejaszek, a kontakt z tzw. "mundurowym", czy to celnikiem, pogranicznikiem, czy normalnym policjantem, musiał zakończyć się łapówką. Każdego z nich widziałem jako przedstawiciela osławionego i żądnego krwi KGB. 

Po czasie stwierdziłem, że faktycznie, mimo iż do europejskiego poziomu brakuje tam wiele,  to jednak wizerunek Rosji prezentowany w polskich mediach jest mocno przesadzony, zaś niektóre opowieści należałoby włożyć między bajki. Nie wszystkie sprawy do załatwienia kończą się bakszyszem, bardzo dużo można zyskać dzięki zwykłemu uśmiechowi, rozumnemu nakierunkowaniu rozmowy, okazaniu większej cierpliwości czy - przede wszystkim - pohamowaniu swojej wyższości: ja, człowiek z Europy, wykształcony, bogaty, cywilizowany - ty, Rosjanin.

Należy pamiętać, iż Rosjanie to naród niezwykle dumny; wszelkie dyskusje, szczególnie z tymi, od których jesteśmy zależni, warto prowadzić w taki sposób, aby nikogo nie obrazić ani nie dać odczuć swojej wyższości. Owszem, są sytuacje, w których wypada unieść się honorem, ale zdarzają się one stosunkowo rzadko, ponieważ Rosjanie to tacy sami ludzie jak my. Powiedziałbym nawet, że w większości są chętniejsi do ofiarowania pomocy obcemu przybyszowi niż inni. Niejednokrotnie w przypadku awarii ciężarówki czy ładunku mogłem liczyć w pierwszej kolejności na rosyjskich kolegów po fachu. 

Przykładowo, kiedyś na głównej drodze tranzytowej w kierunku Moskwy trafiłem "laczka", czyli gumę. Co prawda sam dałem radę zmienić koło na zapasowe, ale w międzyczasie dwóch "rusków" zatrzymało się przy mnie z zapytaniem, czy nie potrzebuję pomocy oraz czy mam zapas. Inni kierowcy - mam tu na myśli swoich, czyli Polaków - omijali moje auto szerokim łukiem. W pewnym sensie jestem im za to wdzięczny: strasznie wtedy padało, gdyby tego nie zrobili wyglądałbym zapewne jak po zażyciu kąpieli błotnych. Po tym zdarzeniu moje nastawienie do zwykłego rosyjskiego obywatela zaczęło się zmieniać. Co prawda do dzisiaj nie darzę pełnym zaufaniem każdego napotkanego tam człowieka , ale przynajmniej wiem, że jeśli ktoś zatrzyma się koło mnie lub zaczepi to jego głównym celem nie będzie rozbój na mojej osobie, a (niestety!) podobne przesądy dotykają każdego, kto pierwszy raz zapuszcza się w głąb Rosji. 

Jedno ze sztandarowych powiedzeń, jakie funkcjonuje wśród różnego rodzaju podróżników, trampów i włóczykijów brzmi: "jeśli nie szukasz guza, to na pewno go nie znajdziesz".

Trzymając się tej zasady, możemy w 90 procentach być pewni, że nasza podróż przebiegnie zgodnie z planem i w miarę bezpiecznie. W miarę - bo czy to Rosja/ Francja/Stany Zjednoczone, czy Ameryka Południowa,  zawsze pozostaje doza niepewności i ryzyka. Ale też dzięki temu wyprawa nie będzie monotonna, nie zabraknie tzw. adrenalinki, która niejednego z nas motywuje do wyruszenia w drogę. Ogólnie rzecz biorąc- nie bójmy się Rosji!

 

Podróż zaczynamy od wyrobienia wiz, które umożliwią wjazd i pobyt w Rosji. Niektórzy przerzucają te formalności na biura turystyczne - na przykład ja ze względów czysto praktycznych. Jeżdżę samochodem, który jest w leasingu, zatem każdorazowe przekroczenie granicy wymaga przebrnięcia przez żmudne, biurokratyczne procedury w poznańskim konsulacie. Takie wizyty świadczą o tym, że w dalszym ciągu  najważniejsze są papier i pieczątka, bez czego ani rusz. Urządzenia takie jak faks czy e-mail nie funkcjonują jeszcze w Rosji, chociaż coraz częściej o nich słychać.

Przykładem tego może być zdarzenie, jakie miało miejsce podczas mojego pierwszego wyjazdu do Azji Środkowej. Zaproszenie do udziału w podróży na Syberię otrzymałem od Przyjaciela, który kilkakrotnie pokonywał tamtejsze szlaki i znał panujące tam obyczaje. Część trasy przebiegała w pasie nadgranicznym po stronie rosyjskiej, w niedalekiej odległości od granicy z Mongolią.  Zaplanowaliśmy przejazd przez  pasmo Sajanów, które łączy się z Górami Ałtaju - z Republiki Tuwa do Republiki Ałtaju (ta sama nazwa co góry). Po opuszczeniu Czadanu udaliśmy się na południe, szukając drogi, która miała nas doprowadzić do celu. Oznaczenia dróg na tym terenie pozostawiają wiele do życzenia, zatem, przy okazji tankowania i uzupełniania zapasów w Aryz-Baszu, postanowiliśmy zasięgnąć języka o położeniu szlaku, którym będziemy podróżować dalej. W sklepiku pojawili się również żołnierze rosyjscy, których - nieświadomi niczego - zapytaliśmy o dalszą drogę. Jak się okazało byli to pogranicznicy z niedaleko położonej stanicy, strzegący południowych rubieży Rosji. 

Byli bardzo rozmowni i uczynni. Wytłumaczyli nam gdzie jest stacja benzynowa a także w którym kierunku musimy się udać, aby trafić na poszukiwany przez nas szlak. Ponieważ jednym z naszych rozmówców był dowódca zmiany na tejże wartowni, uprzejmie zapytał nas, czy posiadamy odpowiednie rozrieszenie -  pozwolenie na poruszanie się w tej strefie. Otrzymawszy przeczącą odpowiedź , machnął ręką i stwierdził, że jeśli pojedziemy z nimi na stanice to wszystko załatwimy. Oni mają tam faks, połączą się z dowództwem w stolicy regionu Kyzyle, które prześle wymagane pozwolenie. Pełni wiary i nadziei wyruszyliśmy za zdezelowanym gazikiem.

Gdy dotarliśmy do koszar dowódca rosyjski przeprosił nas za zakaz wpuszczania obcych na teren wojskowy, obiecał również, że jeśli potrzebujemy czegoś, np. wody czy jedzenia, to natychmiast oddeleguje żołnierza do zadbania o nasze potrzeby. My natomiast musimy wytypować jedną osobę, która przedłoży paszporty potrzebne do uzyskania odpowiednich dokumentów. Tak też zrobiliśmy, po czym nastąpiły długie chwile oczekiwania, czy rzeczywiście za pomocą faksu wszystko pójdzie tak sprawnie, jak to przedstawiał Rosjanin. W czasie postoju zapoznaliśmy się z żołnierzami, którzy opuszczali teren, prowadząc stada koni na których patrolowano granicę. Sama stanica wyglądem przypominała stare, zapuszczone gospodarstwo wiejskie. Mijając ją z daleka, nie powiedzielibyśmy, że to obiekt wojskowy. Ale cóż - jak to mówią - pozory mylą. Po dłuższej chwili wróciła do nas koleżanka, negocjatorka z Dowództwem Wojsk Ochrony Pogranicza, i przekazała informację, że nie możemy wyruszyć w oczekiwaną podróż, ponieważ wymagany dazwoł wraz z pieczątkami, nie może być skopiowany. Papier ten możemy samodzielnie uzyskać w stolicy republiki w Kyzyle. Przefaksowanie dokumentu mija się z celem, gdyż nie zaakceptują go pogranicznicy, stacjonujący na terenach naszej trasy. Na domiar złego, ponieważ już znaleźliśmy się w strefie przygranicznej bez wymaganego zezwolenia, zmuszeni są wypisać protokoły, aby poświadczyć naszą obecność tutaj. Protokół miał być sporządzony w trzech egzemplarzach na każdą osobę i każdy pojazd. Dodatkowo po załatwieniu formalności będziemy musieli opuścić strefę graniczną, która w Rosji obejmuje 50 km a nie 5, jak u nas, czyli cofnąć się z powrotem do Czadanu. 

Cała akcja trwała ponad sześć godzin. Negocjator opowiadał nam potem, jak to zwykli żołnierze zmuszeni byli do odręcznego wypisywania wspomnianych protokołów - trochę ich było, zważywszy że nasza grupa liczyła siedem osób i cztery samochody - a wyposażenie biurowe strażnicy składało się z faksu, jednej kalki oraz kilku długopisów i ołówków.

W związku z tym, iż sprawy przybrały niekorzystny dla nas obrót, musieliśmy zmienić trasę wraz z planem dalszej podróży.

 

W tym miejscu zakończę swoją opowieść. Jeśli Rosja widziana moimi oczami Was zainteresowała - zapraszam do dalszej lektury wkrótce.

 

Część #2 Rosja - coś o drogach i bezdrożach. 

.................................................................................................................................................................

Poprzednią część zakończyłem na zmianie planów, dotyczących naszego przejazdu z Republiki Tuwy do Ałtaju. Teraz chciałbym napisać coś o rosyjskich drogach czy raczej szlakach komunikacyjnych w szerokim tego słowa znaczeniu. Wspomnę też o zasadzie, którą stosuję i polecam innym.

W swoich dotychczasowych wyjazdach hołduję zasadzie, że "w podróży przeszkody są po to, żeby je pokonywać, a nie wynajdywać". Ma to szczególne uzasadnienie w dalekich wyjazdach, dotyczy głównie trasy i drogi, którą zamierzamy jechać. Są ludzie, którzy nie mogą wytrzymać i koniecznie zjeżdżają w tzw. dziury, aby zaspokoić żądze emocji i niby sprawdzić samochód (z reguły jest to stwierdzenie w rodzaju: - co, nie przejedziemy tego?). Ja tak nie postępuję, wystrzegam się również podróżowania z tego typu "off-road'owcami", ponieważ jeśli nawet ja oprę się pokusie, istnieje ryzyko, że kolega uszkodzi samochód i co wtedy? W najlepszym wypadku trzeba go będzie holować, w najgorszym pozostawić (nierzadko z załogą) na pastwę losu i "zęby dzikich".

Potem pozostaje niesmak i niedomówienia - po co to komu? Nade wszystko szkoda auta, czasu i niepotrzebnych nerwów.

W tym roku podróżowaliśmy w zorganizowanej grupie po północnej Rosji , konkretnie po Karelii i Półwyspie Kolskim. Zgłosiło się dużo załóg, toteż całą grupę podzielono na dwie mniejsze. Moje L-200 prowadziło taką podgrupę, ponieważ wiozłem przewodnika i organizatora w jednej osobie.

Drogi, a raczej szlaki, którymi się przemieszczaliśmy, były naprawdę wymagające: poczynając od szutrówek (z dosyć dużymi i ostrymi kamieniami), poprzez głębokie koleiny, nierzadko zalane wodą, skończywszy na traktach, przecinających lasy, i mokradłach, usłanych wystającymi kamieniami czy raczej głazami wielkości koła 33" wzwyż. W mojej grupie były dwa lub trzy auta prawie standardowe, w których jedyną modyfikacją była zmiana kół na 32" z bieżnikiem MT. Drugą grupę stanowiły auta bardziej przerobione i przygotowane, za których sterami zasiadali, można by powiedzieć, kierowcy obeznani z terenem i podróżami. Zasada była jedna: co noc biwakujemy w tym samym miejscu, natomiast trasę pokonujemy osobno. Jak się okazało, tylko pierwszy i trzeci biwak spędziliśmy razem. Zanim dojechaliśmy do St.Petersburga dwa auta odmówiły posłuszeństwa, a ich załogi, wraz z prowadzącym grupę, zmarnowali cały dzień i całą noc na poszukiwanie części i warsztatu, gdzie mogliby naprawić samochody. Podczas gdy my zwiedzaliśmy Leningrad, oni reperowali swoje maszyny. W trakcie podróży im bardziej zagłębialiśmy się w interior Półwyspu Kolskiego, tym częściej znajdowaliśmy ich ślady w postaci osłon mostów, kawałków zderzaków i tym podobnych rzeczy. Z informacji, jakie do nas docierały, wiedzieliśmy, że stale coś naprawiają , ale JADĄ DALEJ. Nie wiem, czy było to spowodowane niedbałością w przygotowaniu aut przed wyjazdem, zmęczeniem materiału czy rodzimą ułańską fantazją. Co się tyczy mojej grupy, wszyscy przejechali zgodnie z planem bez najmniejszego zadrapania. Oj, przepraszam, jednemu z kolegów odpadła tzw. "brewka", czyli plastik poszerzający błotnik. Z winy kierowcy, niestety, ponieważ zbyt gwałtownie próbował pokonać jedną z przepraw.

Odbiegłem nieco od tematu. Teraz będzie o drogach. 

Podział Rosji na część europejską i azjatycką, moim zdaniem, nie ma tu większego znaczenia. 

Zarówno po naszej stronie Uralu, jak i po drugiej spotkamy się z drogami dobrze utrzymanymi oraz bardzo kiepskimi. Na przykład: główna droga tranzytowa przez Syberię momentami jest taka, że w kabinie można postawić pełną szklankę wody i nie wylać ani kropli, a kawałek dalej brakuje nawierzchni - jazda na 2. lub 3. biegu stanowi nie lada wyzwanie - i nie są to wcale krótkie odcinki. 

Różnica polega na gęstości, a - jak dobrze wszystkim wiadomo - część europejska jest dużo bardziej zamieszkała, dlatego też i dróg w miarę normalnych jest więcej. 

Jeśli spojrzelibyśmy na mapę drogową Rosji , powiedzmy tak sprzed 10, 15 lat, zauważymy, że rosyjski system komunikacyjny można porównać do korzenia drzewa iglastego (np. sosny). Kilka głównych dróg, biegnących z zachodu na wschód, powoli łączy się w jedną nitkę, ciągnącą się przez Azję i zanikającą gdzieś na Dalekim Wschodzie; następnych kilkanaście dróg, odchodzących od głównego ?korzenia?, prowadzących w kierunkach południowym i północnym. Te północne, po jakimś czasie, kończą się lub przeobrażają w tzw. zimniki, czyli szlaki dostępne tylko w okresie zimowym, kiedy "Generał Mróz" zetnie lodem mokradła i rzeki, a Pani Zima przysypie wszystko śniegiem. Z opowiadań wiem, iż są to najrówniejsze i najlepsze arterie w Rosji. Uważać należy tylko wczesnym latem, kiedy przychodzi odwilż, bo można się utopić lub zagrzebać w błocie, które nie jest zbyt chętne, aby odpuścić swojej zdobyczy. 

Cały ten układ został skonstruowany trochę przez samą naturę, ale sporo pomogła dawna władza. Dlaczego władza? Otóż dawnymi czasy, poruszanie się zwykłych obywateli po terenie własnego kraju wymagało posiadania odpowiednich zezwoleń. Jak to komuniści 

? chcieli mieć nad wszystkim kontrolę: mieszaniec Moskwy np., chcąc odwiedzić rodzinę w Murmańsku, musiał o takie zezwolenie występować do władz. Z kolei mieszkaniec Chakasji po uzyskaniu zezwolenia, chcąc przejechać do sąsiedniej republiki, np. Ałtaju, musiał najpierw udać się na północ do głównej drogi, potem kawałek na zachód i dopiero następną drogą zjechać na południe. Gdyby chciał (jak nakazuje logika i kilometry) bezpośrednio udać się na zachód , podróż ta przypominałaby przedzieranie się przez zieloną granicę, znaną z wojennych opowieści. Po prostu tam nie było i nadal nie ma dróg. Przepraszam, są trakty zaznaczane na mapach jako cienkie przerywane kreski, czasami znikające i pojawiające się kilka centymetrów dalej (w zależności od skali mapy).

Przy podejmowaniu decyzji o przejeździe takim szlakiem, należy najpierw dobrze wypytać "tubylców" o jego stan i w ogóle ? czy dany szlak istnieje. W naszej świadomości tak oznaczona droga kojarzy się, w najgorszym razie, jako dziurawa, błotnista droga gruntowa. W tamtych rejonach o czymś takim możemy tylko pomarzyć. 

Właśnie taką ścieżką przyszło nam się przedzierać w chwili, kiedy zostaliśmy zawróceni spod granicy mongolskiej w poprzedniej części opowiadania.

Ponieważ nie mieliśmy ochoty nadrabiać ok. 800 km  głównymi drogami (w większości przez nas przebytymi), postanowiliśmy spróbować cienkiej kreski, prowadzącej na przełaj.

Odległość ok. 150 km pokonywaliśmy dwa dni, poruszając się raz w gęstym lesie, to znowu doliną rzeki, która na szczęście nie wyglądała tak jak na mapie. Parę razy przekraczaliśmy brody, no i te DZIURY urozmaicone ?kamlotami?, o wielkości przekraczającej prześwit naszych samochodów. Jednak najgorsze w tym wszystkim było to, iż cały czas nie wiedzieliśmy czy za chwilę nie będziemy musieli zawrócić, bo pojawi się przeszkoda nie do pokonania. Raz czy dwa spotkaliśmy przemytników, jadących z naprzeciwka ?uralami? (dużymi 3-osiowymi ciężarówkmi, z wszystkimi osiami pędnymi), którzy mówili nam, że droga i owszem jest, ale czy my ją przejedziemy naszymi ?łazikami?? 

Za to już nie dawali głowy. 

Traf chciał , a może tylko szczęście nam dopisało, że pokonawszy ten odcinek, wyjechaliśmy na normalną drogę gruntową. 

Ale ponieważ rzadko bywa jakbyśmy sobie życzyli, toteż szutrówką dojechaliśmy do wioski ze szlabanem. Okazało się, że trafiliśmy do więzienia. Tak, to była wioska więzienie, a strażnicy, którzy pełnili służbę przy szlabanie, nie kryli zdziwienia dlaczego nie podjechaliśmy do nich z drugiej strony tej biało-czarnej ?tyczki?, gdzie była normalna (wg nich) droga. Mówili - przecież tam nic nie ma, tylko las, góry i jeszcze raz las, którędy żeście przyjechali ? Myśleli, iż żartujemy sobie z nich, ale niestety nasze auta stały po niewłaściwej stronie. W ten oto sposób przez dwie godziny byliśmy na własne życzenie zamknięci w więzieniu, które notabene bez problemu opuściliśmy, zażywając wcześniej kąpieli w rzeczce, wzdłuż której wcześniej jechaliśmy.

Chciałbym wspomnieć o jeszcze jednym rodzaju dróg, może niezbyt ciężkich technicznie , co bardzo "upierdliwych" mogących doprowadzić kierowcę do rozstroju nerwowego, a samochód, też do rozstroju - ale technicznego. Mam tu na myśli drogi stepowe.

Przed wyruszeniem na taki szlak proponuję dokręcić wszystkie śrubki w aucie, zatankować paliwa na "fula", zaopatrzyć się w większy zapas wody i prowiantu  i - przede wszystkim -dobrze wypocząć. Drogi takie nierzadko ciągną się przez kilkaset kilometrów i nadwerężają naszą psychikę. Ktoś zapyta o co chodzi z tą psychiką ?  

We wspominanej podróży na Syberię , w drodze powrotnej, miałem okazję przejechać cały Kazachstan, ze wschodu na zachód, właśnie takimi drogami i powiem Wam , że było to nie lada wyzwanie. Cały przejazd trwał ok. pięciu dni, z czego trzy czwarte po stepie. Na pewno pamiętacie piosenkę tytułową z Pana Wołodyjowskiego - w stepie szerokim , którego okiem, nawet sokolim nie zmierzysz - słowa te oddają w pełni bezkres tamtejszych obszarów. Wracaliśmy w dwa samochody, w ciągu całej podróży bardzo się zaprzyjaźniliśmy z kolegą , ale właśnie na tej drodze przyszły kryzysy . Powód prozaiczny -  droga szutrowa (a właściwie wysypana świeżo potłuczonymi kamieniami), która wprawiała nasze samochody, i nas, w niesamowite drgawki; ciągła jazda w tumanach kurzu (czasami ograniczającymi widoczność do maski silnika), ciągła walka z mapą i próba określenia swojej pozycji (gdyby nie gps to nie wiem ?pozostałby pewnie kompas), no i na końcu, brak jakiegokolwiek urozmaicenia: za oknami tylko step, step i jeszcze raz step. 

Ale za to noclegi przecudowne (tak rozgwieżdżone niebo widziałem tylko w Afryce na pustyni), i całkowity brak komarów, i ta cisza ...  Było to jak balsam do ciała, po całodziennej jeździe, gdzie za kierownicą spędzaliśmy ok. 10-12 godzin . Nie wiadomo było czasem jak jechać. Jadąc wolniutko oszczędzaliśmy samochody i siebie, jadąc szybciej - kilometry uciekały, wydawało się, że auto płynie. Za to wieczorem musieliśmy poświęcić mu więcej czasu . W swojej konsekwencji pokonaliśmy wreszcie Kazachstan , a nasza przyjaźń przetrwała do dzisiaj. I ma się jak najlepiej.

Jak na pewno zauważyliście, w całym opisie pomijam temat "rosyjskich" asfaltów.

W zasadzie nie ma o czym pisać ? są , bo muszą być i kropka. Opowieści o nich, o ich dziurach, w zasadzie pokrywają się z realiami, z jakimi się tam zetkniemy. Problem polega tylko na tym, kto ma jaką wyobraźnię i czego oczekuje. Jeżeli wybierając się na Syberię, oczekuje autostrad to nawet w dzisiejszych czasach się zawiedzie. Chociaż drogi asfaltowe w Chakasji czy Kraju Ałtajskim są bardzo dobre jak na tamte warunki: szerokie i równe. 

Rosyjski asfalt jest bardziej wymagający niż inne. W czasie jazdy nie można się wyluzować i skupić wyłącznie na podziwianiu widoków czy słuchaniu muzyki. Nawet na najlepszej drodze należy zachować ostrożność i wypatrywać wspomnianych dziur, ponieważ chwilowa beztroska może zakończyć się bolesnym powrotem do rzeczywistości.

Dlatego proponuję jednym okiem kontrolować drogę,  żeby nie skończyć jak ja, kiedy nie zauważyłem jednej takiej ?jamy? i musiałem ustawiać sobie zbieżność przy pomocy patyków znalezionych przy drodze. A znalezienie w stepie długiego, twardego patyka wcale nie jest prostą rzeczą.

Asfalt w zachodniej Rosji, czyli tej europejskiej, jest - w moim odczuciu -  w dużo lepszym stanie niż powszechne o nim opinie. A już szlaki tranzytowe to ideał (to jest tylko moja opinia), chociaż jeden z kolegów, z którym miałem okazję rozmawiać na ten temat, był odmiennego zdania i stwierdził, że więcej do Rosji nie pojedzie. No cóż, to nie jest idealny kraj.

Moim zdaniem najbardziej męcząca  na  wschodzie jest jazda razem z "ruskimi" gruzawikami. Pomimo iż w Rosji jeździ bardzo dużo nowoczesnych ciężarówek, to w całej tej masie znakomitą większość stanowią jeszcze stare Mazy, Ziły, Krazy i Kamazy. Jeżdżą w kolumnach po kilkanaście sztuk i strasznie dymią . Poruszają się z niewielką prędkością, zatem wyprzedzenie takiej kawalkady stanowi nie lada wyzwanie. Dodatkowym utrudnieniem są tzw. awtogonki, czyli kierowcy, którzy wynajmują się do transportowania samochodów osobowych na kołach. 

Prowadzą oni samochody, które przypłynęły do Władywostoku z Japonii na zamówienie klientów z głębi Rosji. I właśnie z tego największego rosyjskiego portu na wschodzie trzeba je przeprowadzić do odbiorcy. Jeśli ktoś oglądał film pod tytułem "Znikający punkt" to właśnie dokładnie o to samo chodzi. Kierowcy, którzy tego dokonują przyrównywani są do znanych skądinąd Kozaków, ponieważ charakter i styl ich jazdy nie odbiega wiele od oryginału dokonywanego wcześniej na koniach.   

O rosyjskich drogach oraz ich użytkownikach można by pisać wiele. Jeszcze do nich wrócę , a na razie zakończę. W następnym odcinku wzmiankuję coś niecoś o biwakowaniu w Rosji.

 

 

Zapraszam do obejrzenia albumu z wypraw do Rosji w P.O.C. Photos:

picasaweb.google.com/P.O.C.Poland/RosjaSAwekWasowicz