Kaszubskim Szlakiem
Kaszubskim Szlakiem [11-14.06.2009]
Czwartek 11.06
Wyruszyliśmy z Warszawy z planowanym opóźnieniem. Po spakowaniu całej ferajny pojechałam na lotnisko po Adama, który, z różnych przyczyn, przyleciał z dobowym opóźnieniem. Samolot ląduje planowo. Rodzina więc już w komplecie. Tym razem mamy jeszcze jednego uczestnika wycieczki - moją koleżankę Gosię. Zabieramy ją, jadąc z lotniska i wreszcie, ok. 13, wydostajemy się z Warszawy. Do przejechania mamy ok. 400 km. Droga nie jest zatłoczona, jedzie się dość gładko. Pogoda przyjemna. Nie pada i nie ma lejącego się z nieba żaru (o co tej wiosny dość trudno). Po drodze dostajemy informację o burzach w okolicach Kartuz i - z niepokojem - wypatrujemy ich pierwszych oznak. Groźnie wyglądające chmury, widać na horyzoncie, ale doganiamy je dopiero bliżej Trójmiasta. Po 19 jesteśmy w "Krzewirogu", regionalnej karczmie w Garczu, gdzie dołączamy do ucztującego już towarzystwa. Tego dnia pozostaje nam jeszcze tylko przejazd do Kartuz, do Gościńca Kaszubskiego, w którym nocujemy. Wieczorem odprawa przy piwku, której większą część spędzam usypiając podekscytowane dzieci.
Piątek 12.06
Po śniadaniu ruszamy do punktu zerowego trasy. Tym razem, już jako nie zieloni (w końcu to już drugi raz ;) ), ruszamy pierwsi. Pogoda nas nie rozpieszcza. Jest dość ponuro i deszcz pokapuje. Na trasie trochę błota. Na szczęście mgły nie ma, więc jedziemy niespiesznie, podziwiając przepiękną okolicę. Już po kilkunastu kilometrach, na drugiej czy trzeciej kratce, wyprzedza nas, jadące za nami, Pajero. No cóż, każdy jedzie jak lubi. Ale dla nas to nie wyścigi. Często przystajemy, polując z aparatem: uwieczniamy i przyrodę, i naszego Outka. Będzie pamiątka.
60 km dalej porzucamy, na trochę, roadbookową trasę i jedziemy do skansenu w Szymbarku. Rekordową deskę, okopy i inne atrakcje oglądaliśmy już kilka lat temu. Nie było wtedy najsłynniejszej dziś budowli - domu stojącego na dachu - to ona jest naszym głównym celem, a Paweł wypatruje jej od rana. Niestety, jest długi weekend, pogoda nie najlepsza, więc mnóstwo ludzi wpadło na pomysł odwiedzenia tego ciekawego miejsca. Gdy zbliżamy się do bramy, mijamy długie sznury zaparkowanych na poboczu pojazdów. Niezrażeni, szukamy miejsca bliżej wejścia. Czekamy na resztę wycieczki i razem wchodzimy do środka.
Do "domu na dachu" stoi kolejka. I to jaka! Na kilkadziesiąt metrów! Dzieci nie chcą słyszeć o opuszczeniu tego punktu programu, więc razem z Hiszpanem, Beatą i Niką ustawiamy się w ogonku. Czasu w kolejce spędzamy tyle, że każdy z nas ma chwilę na zjedzenie namiastki obiadu, a nasi chłopcy samodzielnie (prawie) smażą kiełbaski na ognisku. W tym miejscu porzucają nas Gene i Monika. Zwiedzali dom kilka miesięcy temu. Nie dziwne, że ponadgodzinne oczekiwanie w kolejce nie jest dla nich atrakcyjne. Umawiamy się wieczorem w Rewie.
Doczekaliśmy się w końcu i weszliśmy do budynku. Błędnik od razu zaczyna płatać nam figle. Wszystkiemu winne jest kilkustopniowe nachylenie całego budynku w kierunku jednego z narożników. Ludzie zataczają się, podpierają się o ściany, łapią za ościeżnice. Następni turyści czekają, zatem czasu na oglądanie nie mamy zbyt wiele. Zwiedzamy poddasze, potem wchodzimy na parter. Osobiście czuję niedosyt a dom wydaje mi się przereklamowany. Jeszcze rzut oka na najdłuższą deskę na świecie (36,93 m), wpisaną do Księgi Rekordów Guinessa, wizyta w sklepie z pamiątkami i zbieramy się.
Wracamy na naszą trasę. Na sporym odcinku towarzyszy ona urokliwie położonej linii kolejowej, w kilku miejscach ją przecina. Gubimy się - właściwie nie gubimy, tylko nie możemy uwierzyć, że droga nazwana w roadbooku główną jest ledwie widoczną polną dróżką, i robimy dodatkową pętlę. Kilka kratek dalej umyka nam, niezbyt wyraźny, znak szlaku i znowu nadrabiamy 1,5 km. Tym razem trafiliśmy i nasza pomyłka wiedzie piękną drogą. Trzeba ją następnym razem wpisać w trasę. Chwilę po 16 lądujemy z powrotem w Kartuzach. Jeszcze szybki skok do Chmielna, do Muzeum Ceramiki Neclów. Samo muzeum już jest zamknięte, ale udaje nam się zajrzeć do sklepiku. Podjeżdżamy też do "zamku" w Łapawicach - słynnej nielegalnej budowli - oglądamy ją jednak tylko z samochodu. Robi się późno, czas jechać do Rewy.
Dojeżdżamy jeszcze za dnia. Z trudem znajdujemy miejsce noclegu, gdyż wcześniej nie wypisaliśmy sobie adresu. W końcu mamy swój pokój. Zostaję tam z Pawełkiem chwilę dłużej i omija mnie spotkanie z Kibloo i jego rodziną. Macham im tylko przez okno. Nasza wycieczka, pomniejszona o jedną załogę, rusza na kolację do miejscowej knajpki. Zasiadamy do uczty, mając przed sobą widok na zatokę. W miłej atmosferze odpoczywamy, wymieniając się wrażeniami. Wychodzimy o zmierzchu. Jeszcze spacer po plaży. Okrążamy cypel i czując coraz chłodniejsze powietrze, uciekamy do hotelu. Tego wieczoru padam razem z dziećmi.
Sobota 13.06
O 7 rano Pawełek (jak nigdy) brutalnie nas wyrywa ze snu okrzykiem: "Pobudka!!!". Niechętnie zwlekamy się z łóżek. Zjadamy śniadanie we własnym zakresie i pakujemy bagaże. Pogoda nie sprzyja plażowaniu, więc nie będziemy zostawać do jutra. Planujemy pojechać na półwysep i po południu wracać do domu. Ruszamy na podbój Helu ok. 8.30. Niektórzy szczęściarze o tej godzinie otwierają dopiero oczy.
Pierwszy przystanek - Chłapowo. Oglądamy ośrodek, do którego chcielibyśmy przyjechać w wakacje. Jest u wylotu Wąwozu Chłapowskiego. Nie idziemy jednak na spacer, tylko oglądamy go z pobliskiej drogi. Deszcz skutecznie nas zniechęca do opuszczenia ciepłego samochodu. Wstępujemy na chwilę do pracowni bursztynu i jedziemy na Hel. Tam spotykamy się z resztą ekipy i zjadamy wczesny obiad. Następnie ubieramy się (a głównie dzieci) wodoodpornie i idziemy do fokarium. Pogoda jest coraz gorsza. Deszcz zacina, gnany wiatrem od zatoki. Przestajemy walczyć ze sobą - decydujemy się na odwrót. Kupujemy chłopcom po koszulce (to już u nas tradycja) i wracamy do samochodu. Zmęczone i lekko zziębnięte dzieci zasypiają niemal natychmiast po uruchomieniu silnika, gdy dojeżdżamy do bunkrów zostaję z nimi w samochodzie. W tym miejscu następuje ostatnie spotkanie i ostatnie pożegnanie wszystkich uczestników imprezy. Żegnamy się i ruszamy do domu. Zatrzymujemy się tylko w zamku w Gniewie. Niestety, nie możemy go zwiedzić, gdyż trwa wesele. Obchodzimy go tylko z zewnątrz i pstrykamy kilka fotek. Dojeżdżamy w środku nocy straszliwie zmęczeni, ale zadowoleni.
Asia Cebo "AsiaKC"





















