Jura Adventure - Bałtów
Piątek
.............
W piątkowe południe, już spakowani, czekamy na powrót Niki ze szkoły i w drogę. Dla nas stosunkowo niedaleko do pierwszego celu podróży, bo około 150 km. Droga szybko ucieka, ale oczywiście nie może być idealnie: dostajemy "białej gorączki", stojąc 40 minut w korku w Ostrowcu Świętokrzyskim, raptem 15 km od celu.
O 16 jesteśmy na miejscu, tzn. w Bałtowskim Parku Jurajskim. Nie tracąc już czasu, gdyż do 30 kwietnia park jest czynny w tygodniu do godziny 17, moje dziewczyny zostają na miejscu, a ja wracam 500 m do hotelu, w którym zarezerwowaliśmy nocleg. Tu pierwsze spotkanie z Adamem, Asią i ich dwójką dzieci oraz obejrzenie na żywo beżowego Outlandera II, który wcale nie wygląda tak źle, jak sądziłem. Torby szybko wrzucam do pokoju i idę do parku, by, już na spokojnie, wypić małego browarka.
Sam park - nam już znany - trochę rozczarował, ale tylko dlatego, że większość atrakcji jest dostępna od 1 maja, kiedy zaczyna się prawdziwy sezon. Doszło kilka nowych niespodzianek, tj. "objazdowe" zoo, spływ tratwą i parę innych. Nie przeszkadzało nam zbytnio, że są jeszcze niedostępne, ponieważ zaplanowaliśmy całodniową wizytę w parku w czasie wakacji.
Później dołączyła do nas czteroosobowa załoga drugiego Outka i razem obeszliśmy dostępną ścieżkę między dinozaurami. Szybkie karmienie dzieci, ja wspomniany browarek, i zapuszczamy się w wąwóz po przeciwnej stronie ulicy, w którym znajdują się odciśnięte w skale ślady dinozaurów (podobno). Słowa nie oddają uroku tego miejsca, ale może chociaż trochę Wam go przybliżą zdjęcia. Na szlaku trafiliśmy na stare drzewo, które przeżyło niejedną burzę. Zachowane ślady jednoznacznie wskazywały, że zostało zniszczone przez pioruny. Po tej godzinnej, pieszej wycieczce udaliśmy się do hotelu. Po obiadokolacji spotkaliśmy się w pubie, w hotelowych piwnicach. Tu dołączyli do nas Gene z Moniką, którzy w międzyczasie dojechali. Rozdanie roadbooków, rozmowy na temat trasy i atrakcji do "zaliczenia", oraz te zupełnie niezwiązane z wyprawą, szybko przesunęły wskazówki w zegarkach. Trochę zmęczeni, ale ciekawi kolejnego dnia, poszliśmy spać, mając nadzieję, że jutro pogoda będzie łaskawsza.
Sobota
..............
Ranek przywitał nas chłodem, ale za to gorące słoneczko szybko podniosło temperaturę. O 8.30 wyjechaliśmy na trasę. Dróg po polach i lasach nawet nie będę opisywał. Sami wiecie jak pięknie może wyglądać szutrowa droga wśród pól o poranku. Po kilku postojach na sesje fotograficzne i po około 15 km dojechaliśmy do neolitycznej kopalni Krzemionki. Półgodzinna trasa podziemna wcale nie zaspokoiła naszych apetytów na zwiedzanie, wręcz przeciwnie. Z rozpędu zaglądnęliśmy do zrekonstruowanej pradawnej wioski. Po godzinie spędzonej wśród ludzi pierwotnych ruszamy dalej wg roadbooka. Około 14 wszyscy zakończyliśmy trasę. Chcemy coś zjeść, dlatego jedziemy do "Żywego Muzeum Porcelany" w Ćmielowie. To, co zobaczyliśmy przeszło nasze najśmielsze oczekiwania. Technologiczny proces produkcji, wielki piec, w którym odbyła się prezentacja multimedialna oraz różnorakość wyrobów zrobiły na mnie niemałe wrażenie. Nigdy wcześniej nie zastanawiałem się nad pojęciem "drugiego oryginału", a w tym muzeum w końcu pojąłem o co biega. Jedynym minusem całej tej atrakcji były ceny porcelany na sprzedaż.
Znów wsiadamy do samochodów i jedziemy dalej. Kolejny etap naszej wycieczki to miejscowość Ujazd z zamkiem Krzyżtopór. Tu dzieciaki miały niesamowitą frajdę. Tajemne przejścia, ślepe zaułki, ciemne korytarze - rozpalały ich wyobraźnię. Pieczołowicie przeszukiwały każdy zakamarek ruin, aby odnaleźć skarb. A było gdzie zaglądać. Jako ciekawostkę powiem tylko, że w zamku jest 12 sal balowych, 365 okien, a właściciel zamku do dziś przechadza się nocami po swoich włościach.
Po zwiedzeniu Krzyżtopora pozostało nam dojechać do Sandomierza, ulokować się w hotelu i odpocząć przed kolejnym dniem. Po niecałej godzince byliśmy na miejscu. Przyjemny hotelik, prowadzony w rodzinnej atmosferze, dał nam w końcu chwilę wytchnienia. Rewelacyjna restauracja, urządzona w klimacie domowych pieleszy, oraz miła właścicielka, która akurat miała rodzinną imprezę (na czym skorzystaliśmy i my), spowodowały, iż ciężko nam było ruszyć się od stołów. Przed pójściem spać wykorzystaliśmy jeszcze zadaszony ganek do przeglądnięcia przy piwku i whisky zdjęć w laptopach.
Niedziela
..................
Niedziela w Sandomierzu również przywitała nas słońcem. Po swojskim, obfitym śniadanku wyruszyliśmy pieszo na sandomierski rynek. Od razu "wpadliśmy" na Wąwóz Królowej Jadwigi. Potem, przechodząc przez "igielne ucho", poszliśmy na starówkę. Na rynku wydało się, w jaki sposób ?niebo trzyma się na swoim miejscu?. "Zakotwiczono niebo" - nikomu nie trzeba tłumaczyć - kilkumetrowy łańcuch z kotwicą, zwisający prosto z nieba, naprawdę robi wrażenie. Po spacerze pobliskimi uliczkami mieliśmy okazję odpocząć w jednej z kafejek, czekając godzinę na kawę. Kawa co prawda wyśmienita, ale polemizowałbym, czy warta była takiego czekania. Ponieważ do wejścia do podziemi mieliśmy jeszcze sporo czasu, obejrzeliśmy zamek - ciekawscy od środka, a leniwi (czyli ja i ...) tylko dziedziniec, preferując wygrzewanie się na słońcu. Po krótkim zwiedzaniu grupa "ciekawska" dołączyła do "leniwej" i w komplecie udaliśmy się do sandomierskich podziemi. Niestety, tutaj trafiliśmy na dość liczną wycieczkę i to, co można było usłyszeć od przewodnika zależało w dużej mierze od odległości między nami. Po wyjściu z podziemi kierujemy się jeszcze do baszty Bramy Opatowskiej. Tym razem wchodzę na górę jak nieleniwiec. Po krótkiej sesji fotograficznej schodzimy z powrotem na rynek. Mocno zmęczeni, co widać zwłaszcza po dzieciach, zmierzamy w kierunku hotelu, gdzie zostały nasze samochody. Część z nas pozostaje jeszcze na rynku w celu uzupełnienia energii, więc następują pierwsze rozstania. Po drodze mijamy dom Jana Długosza. Ostatni krótki spacer, pożegnanie - i w drogę. My na szczęście nie mamy daleko, ale jedziemy od razu do ulubionej restauracyjki na obiad (bo w domowej lodówce tylko echo), potem małe zakupy i wracamy raptem 15 minut szybciej niż Warszawiacy.
Jacek Uliasz - Hiszpan





















